czwartek, 30 marca 2017

Imperium Tysiąca Planet

W sieci już drugi zwiastun Valeriana, a ja od ponad roku usiłuję się przemóc, by popełnić blog-notkę na temat tej serii komiksowej i jej ekranizacji. Moją niechęć wzbudza facjata aktora grającego główną rolę, choć zapewne to wyłącznie osobista niechęć, bo Valerian w komiksie jest nieodpowiedzialnym i w gorącej wodzie kąpanym osobnikiem, którego dopełnieniem jest zasadnicza, acz bardzo młoda Laurelina. Być może ekranizacja sprawi, że zmienię zdanie, acz prócz fajerwerków wizualnych wiele się po niej nie spodziewam. Luc Besson zapewni nam jak zawsze dzieło bardziej amerykańskie niż dostarcza Hollywood. Stylistycznie olśniewający film może jednak nie wystarczyć, zwłaszcza, iż Valerian wbrew pozorom nie jest łatwy w adaptacji.
Z czym w ogóle mamy do czynienia? Komiks zawitał do Polski do szerszego obiegu na początku lat dziewięćdziesiątych w ramach „Komiksu-Fantastyki” i już wtedy nieco trącił myszką, bowiem narodził się w roku 1967. Mając za sobą doświadczenia „Gwiezdnych Wojen” i SF minionych dwudziestu lat był nieco archaiczny. Zresztą kwestia „Star Wars” pojawiła się w internecie po premierze trailerów filmu; wskazywano w najlepszym wypadku na nawiązania, jeśli nie na kopiowanie rozwiązań. Tymczasem sprawa nie jest tak oczywista, by nie napisać, że jest dokładnie odwrotnie, ale o tym za chwilę. W Polsce w pierwszej edycji ukazały się cztery albumy, a uważny czytelnik odkrył, iż jest to ten sam bohater, którego na początku lat osiemdziesiątych w straszliwie pociętej wersji albumu „Na widmowych ziemiach” pokazał „Świat Młodych”. Potem próbował wydać go raz jeszcze Amber, a obecnie od pewnego czasu integralową wersję publikuje Taurus Media. Minął już połowę z dwudziestu kilku albumów i chyba doczekamy się całości po polsku, choć wątpię aby premiera filmu przysporzyła mu popularności, bowiem Taurus jest wydawnictwem wyrosłym wokół sklepu z komiksami na warszawskim Mokotowie, ze swej natury równie niszowym jak Kultura Gniewu.

Watoo i Szinguzi

Valerian początkowo był agentem czasoprzestrzennym działającym w XXVIII wieku w Galaxity, centrum utopijnej Ziemi przyszłości, który zapobiegać miał czasoprzestrzennym paradoksom. Przełom nastąpił w drugim albumie, czyli „Cesarstwie tysiąca planet”, który właśnie jest przez Bessona ekranizowany. Nic dziwnego, bowiem tu zaczął się popis talentu Mezieresa, którego wyobraźnia w projektowaniu obcych światów nie znała granic. Valerian i Laurelina wyruszyli w kosmos, pełen najprzeróżniejszych obcych form życia. Wraz z rozwojem serii okazało się, iż Galaxity jest pełne rdzy, stanowiąc zbiurokratyzowaną kolonialną instytucję, a Ziemia jest imperium, usiłującym narzucać swe idee z pozycji siły, nie bacząc na głos innych. Seria poszła w kierunku komentarza społecznego, przemycając pod płaszczykiem sztafażu SF odniesienia do rzeczywistości. Ostatecznie zakończona została w roku 2010, mniej więcej od połowy przestając być zbiorem pojedynczych albumów, a stając się ciągiem epizodów połączonych wątkiem fabularnym. Valerian i Laurelina wylądowali w alternatywnej rzeczywistości, w której Galaxity nie zaistniało. Była to nasza rzeczywistość. Na samym początku seria zabrała nas w klimaty postapo, choć nikt w roku 1968 takiego słowa nie używał. Podobnie jak w powieści Ballarda o zatopionym świecie przedstawiła planetę, która została zalana przez podniesione wody. W roku 1986 doszło na Antarktydzie do eksplozji bomb nuklearnych, co w rezultacie doprowadziło do zagłady znanego świata i zalania miast nadbrzeżnych. Jednym z nich był Nowy Jork, w którym działa się akcja komiksu. Powyższe w przyszłości doprowadziło do odrodzenia ludzkości jako Galaxity. Gdy odległa przyszłość roku 1968 stawała się coraz bardziej teraźniejsza, Christin i Mezieres sprawili, iż wskutek działania trójcy istot znanych jako Hypsis nie ziściła się. Tak narodził się świat jaki znamy. Zresztą w kolejnym albumie, zresztą jednym z moich ulubionych, akcja zabrała nas w pościg za szaleńcem, który usiłował przyszłość przywrócić, detonując reaktory atomowe, począwszy od Czarnobyla. Tak oto akcja dogoniła rzeczywistość, Valerian i Laurelina stali się wyrzutkami, usiłującymi przywrócić Galaxity do istnienia, aż do finału serii.
Zatopieni w karbonicie

Konwencja space-opery i wyobraźnia Mezieresa sprawiły, że jego wpływ na środowisko filmowe stał się aż nadto widoczny. Nowy film to nie pierwsza kooperacja z Bessonem, na początku lat dziewięćdziesiątych zaprojektował na potrzeby planowanego filmu dekoracje miasta przyszłości z latającymi pojazdami, gdy film nie powstał, posłużyły one za setting albumu „Les Cercles du Pouvoir”. Besson wykorzystał go w realizacji „Piątego Elementu”, do którego Mezieres dokończył projekt futurystycznego Nowego Jorku. Koncepcję żywiołów też zresztą Besson pożyczył, z wcześniejszego komiksu z serii. Bardziej zastanawiające są jednak związki „Valeriana” z „Gwiezdnymi Wojnami”, bo jeśli ktoś zapożycza coś od kogoś, to zdaje się być nim Lucas, choć nigdy do tych podejrzeń oficjalnie się nie odniósł. I nie są to bynajmniej rzeczy kliszowe, powtarzające się w kanonie SF, lecz pomysły i dekoracje fabularne. Twórcy Valeriana irytowali się z tego powodu nie raz, a przyznać należy, że jest z czego. Począwszy od projektów postaci, przez słynne złote bikini Lei, widoczne poniżej. Valerian ląduje w karbonicie, spada wielkim szybem w mieście chmur, w drugim albumie serii gdy czarny charakter zdejmuje swój hełm ukazuje się brzydka, postarzała twarz a la Anakin. Valerian zostaje sklonowany, by stać się wzorcowym żołnierzem i podstawą armii klonów. Brzmi znajomo? Sam projekt statku z komiksu dziwnie przypomina „Sokoła Milenium”. A wszystko to powstało przez premierą „Gwiezdnych Wojen”. Można się zżymać, że to przypadek, lecz fascynacja Valerianem wydaje się być mocno widoczna. I to posunięta nieco dalej, niż w przypadku Tadeusza Baranowskiego, który w smoku diplodoku podkradł sobie efekt graficzny przemieszczania się w czasoprzestrzeni.
We Francji „Valerian” zapewne będzie przebojem, ale Francuzi swą narodową batalię o prymat francuskości przenoszą nawet na kino. Przecież w czasach gdy na świecie triumfy świecił „Park Jurajski”, oni dinozaury zignorowali, wybierając komedię „Goście, goście”. Czy Valerian ma szansę poza Francją pokaże sposób realizacji. Jeżeli Besson nie nakręci potworka w postaci „Jupitera” sióstr/braci Wachowskich, doczekamy się kolejnych części. Czas pokaże.

wtorek, 21 marca 2017

Związek Policjantów mówiących w Jidysz

Książka ta oczywiście po polsku ma nieco inny tytuł i przemknęła niezauważona. Bo nie jest to typowa fantastyka, a perełka literacka Michaela Chabona, czerpiąca głęboko z konwencji noir. Dotyka również drażliwego tematu holokaustu, opowiadając alternatywną historię przetrwania Narodu Wybranego, co sprawia iż staje się nieco hermetyczna. Sądzę, że podobny los może stać się udziałem powieści, do której prawa Anglicy nabyli 20 marca 2017 roku na targach w Londynie. „Lód” Dukaja jest książką wybitną, jednocześnie z powodu swej konwencji prawdopodobnie nieprzetłumaczalną, choć muszę przyznać, że w udany sposób próbują, zmieniając „ćmiatło” w „dark light”, a „lutych” we „frosten”. Sam Dukaj ostrożnie stwierdza, że tłumaczenie powieści bazującej na kulturowym i historycznym kontekście może okazać się wyzwaniem i jest ciekaw jaki rodzaj książki angielscy czytelnicy odkryją wskutek tej „transfiguracji” (zbyt to dobre słowo, by szukać jego synonimu). Wróćmy jednak do tytułowej książki, nie do końca w Polsce zrozumiałej, opowiadającej o Żydach na Alasce.
Czytać można ją na dwa sposoby, znający Chandlera poczują się jak w domu. Policjant-alkoholik, wyznający zasadę, że trzeba wiedzieć kogo można kopnąć w dupę, prowadzi śledztwo, które oczywiście okazuje się kryć więcej, niż wydawać się może na początku. Nie da się przed nim uciec na dno butelki, bo jak to zwykle bywa grupy interesów, mają z powodu trupa problemy i własne plany. Wkrótce okazuje się, że w grę wchodzi mesjańska konspiracja, a rozgrywka toczy się o  Jego nadejście. 
Pierwotne, bowiem przecież na żydowskiej Alasce nie ma chrześcijan, oczekujących na powtórne przyjście. Chabon potrafi ubrać powyższy nieco absurdalny pomysł w realną konwencję, jednocześnie mimo otoczki religijnej nie uciekając w tanie sztuczki. Konwencja powieści detektywistycznej sprawdza się tu świetnie, a w mesjanistycznym szaleństwie jest metoda. Zresztą czasem trudno traktować na poważnie wydarzenia z naszej rzeczywistości. Co jakiś czas rozmaite grupy podejmują próby odbudowy Świątyni w Jerozolimie wierząc, iż doprowadzi to zgodnie z przepowiednią do końca świata. W świętym mieście działa specjalna klinika dla Mesjaszy. Atmosfera grobu, religijna ekstaza prowadzą do opisanego przez naukę schorzenia, powodującego iż co jakiś czas pielgrzymi pędzą na pustynię, twierdząc iż są Zbawcą. Jak w wywiadach przyznaje dyrektor powyższej placówki, gdyby Chrystus powrócił w rzeczywistości, zostałby ubrany w kaftan i wyleczony.
Skupmy się więc na świecie alternatywnym, który narodził się z realizacji pomysłu, jaki w naszej rzeczywistości nie zdołał zostać poddany pod obrady w senacie USA podczas II Wojny Światowej. Odpowiedzią na pomysł osadzenia Żydów na Madagaskarze miało być oddanie im Alaski. Tutaj zamysł ten został zrealizowany, punkt rozbieżności powstał gdy senator, który zablokował głosowanie, zginął w wypadku samochodowym. Alaska stała się na 60 lat terytorium oddanym w zarząd Żydom. Akcja książki toczy się pod koniec tego okresu, nowy chrześcijański Prezydent USA ma zamiar zakończyć alaskańską autonomię. Historia potoczyła się nieco inaczej, choć z holokaustu udało się ocalić 4 miliony Żydów i osiedlić ich na północy amerykańskiego kontynentu, Niemcy poddały się dopiero w roku 1946 po zrzuceniu na Berlin bomby atomowej. W roku 1948 osadnictwo w Izraelu dobiegło końca, po tym jak Arabowie wygrali wojnę w Palestynie. Jerozolima jest niefajnym miejscem, pełnym rozlanej krwi i głów nabitych na pale. Nowy Prezydent uważa neosyjonizm za ruch zgoła terrorystyczny, więc Żydzi nie mogą nawet marzyć o powrocie do Ziemi Obiecanej. ZSRR nie przetrwało, Rosja jest republiką, za to Mandżuria posiada własny program kosmiczny. Po drodze przydarzyła się wojna kubańska, mniej więcej wtedy, gdy prezydent Kennedy poślubił Marylin Monroe.
Czyta się ten czarny kryminał bardzo dobrze, lecz jak wspomniałem rzecz to niezwykle hermetyczna, pełna smaczków, które mało kto zauważy. Inna, genialna książka Chabona, „The Amazing Adventures of Kavalier & Clay”, opowiadająca o złotej erze komiksu, parafrazująca losy Boba Kane’a, Stana Lee, Jacka Kirby, Jerry’ego Siegiela, Joe Shustera i wielu innych, nie miała szansy ukazać się po polsku. Książce o Alasce pomógł fakt, iż w roku 2007 zgarnęła Locusa, Hugo i Nebulę, choć i tak wydawca zapewne wtopił. Polski tytuł to “Związek Żydowskich Policjantów”. Z inną książką dziejącą się w alternatywnej rzeczywistości, w której Żydów wywieziono na Madagaskar, nikt już nie zaryzykował. Ale o tym kiedy indziej.

środa, 8 marca 2017

SS-GB

Drugi sezon „Człowieka z Wysokiego Zamku” dostępny jest już od dłuższego czasu, ale odpuściłem. Rozmycie historii i rozciągnięcie jej wymęczyło mnie już rok temu, choć sam serial polecałem i nadal polecam. Tymczasem pojawiła się mała krótka perełka autorstwa BBC, tym razem pozbawiona elementów fantastycznych. Więc jeśli ktoś chce obejrzeć thriller polityczno-kryminalny dziejący się w alternatywnej rzeczywistości, polecam adaptację powieści Lena Deightona, w której SS działa na terenie Wielkiej Brytanii.
To kolejna z historii omawianych w cyklu jesień z nazistami na łamach niniejszego bloga pod koniec ubiegłego roku. Najbliżej jej do „Vaterlandu” Roberta Harrisa, bowiem mierzy się wyłącznie ze stroną polityczną zwycięstwa hitlerowskich Niemiec. Nie wybiegamy jednak daleko w przyszłość, równie dobrze akcja może mieć miejsce w tym samym świecie co „Człowiek z Wysokiego Zamku” Dicka. Od bitwy o Anglię upłynęło kilkanaście miesięcy, została przegrana przez Wielką Brytanię. Chwilowo na świecie panuje pokój, między Niemcami a ZSRR utrzymuje się krucha równowaga. Radziecki minister przybywa właśnie z wizytą do niemieckiej Anglii, na jego cześć jeden z bohaterskich niemieckich pilotów, którzy wywalczyli zwycięstwo w przestworzach (Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewielu, powiedział zapewne na wieść o tym Hitler) ma odbyć lot jednym z ostatnich zachowanych Spitfire’ów. Gdy podchodzi do lądowania zostaje nań dokonany zamach (co ciekawe samolot ma biało-czerwoną szachownicę, pamiątkę po Dywizjonie 303). Ruch oporu istnieje i stara się walczyć, co radykalizuje nastroje. Polityka łagodzenia przestaje stopniowo działać, skądinąd dowiadujemy się, że pacyfikacja Anglii nie była zbyt brutalna, stracono jedynie podżegacza wojennego Churchilla. Król zdołał uciec. Administracja niemiecka wchłonęła brytyjską, oczywiście nie może tu zabraknąć pokazania dowodów tożsamości, które dla Anglików kojarzą się z represją państwa totalitarnego, bowiem dowody osobiste w swej historii mieli tylko raz, podczas II Wojny Światowej.
W „Człowieku z Wysokiego Zamku” szybko trafialiśmy w świat wielkiej polityki, tutaj oglądamy świat alternatywny oczami zwykłych ludzi. O normalnych twarzach, bo jak to zwykle w brytyjskich filmach aktorzy nie przypominają niczym wygładzonych amerykańskich bohaterów po licznych operacjach plastycznych. Liczba disaskaliów jakie udało się utknąć autorom w pierwszym odcinku, budujących jednocześnie klimat nowej rzeczywistości imponuje. Mamy więc starego cynicznego sierżanta Scotland Yardu, którego niemieccy okupanci zirytują dopiero, gdy zaczną inwentaryzować prostytutki, przeznaczając je dla żołnierzy wermachtu, odbierając mu pole do działania. Mamy sekretarkę będącą kochanką głównego bohatera, która pracuje dla ruchu oporu, wystawiając go na cel. Główny bohater nawet się nie stara rozwiązać zagadkowego morderstwa, gdy tylko odkrywa jego możliwy związek z niemieckim wojskiem natychmiast usiłuje się pozbyć sprawy by uniknąć problemów i móc nadal wieść swój żywot człowieka pogodzonego z losem. Niemiecki nadzorca na wieść o przybyciu specjalnego wysłannika z Berlina wietrzy w tym polityczną okazję, usiłując wykorzystać ją we własnym celu. Morderstwo jest gdzieś w tle, niczym w najlepszym czarnym kryminale. Mamy także błyskotliwe dialogi z filmów z Humpreyem Bogartem (Kiedy przestał pan opierać się przed pracą dla nas Herr Riley? Nie przestałem). Wreszcie mocne momenty, gdy dzieci bohatera proszą go o załatwienie odznaki Gestapo, aby mogły zaimponować innym w szkole. Riley jest rozdarty, pracuje dla Scotland Yardu, teoretycznie niezależnego, zajmującego się wyłącznie sprawami kryminalnymi, praktycznie pod niemieckim nadzorem, do tego niemieckie bomby zabiły mu żonę. Wszystko to razem wzięte buduje alternatywną rzeczywistość codziennego życia. Domyślamy się jednocześnie, że powoli nadchodzi punkt zwrotny, jak dotąd można było budować życie w nowej rzeczywistości, pod niemiecką administracją. Zaczyna się jednak spis ludności, planowana jest segregacja, Scotland Yard wkrótce przestanie utrzymywać swą niezależność policji kryminalnej, która zresztą postrzegana jest przez Anglików jako zdrajcy.
Mieszanka czarnego kryminału z thrillerem politycznym jaką jest „SS-GB” w serialowym wydaniu wyszła nadzwyczaj dobrze. Książka po polsku wyszła ćwierć wieku temu, w zalewie literatury sensacyjnej jaka ukazywała się wówczas po latach posuchy, gdy polscy wydawcy usiłowali nadrobić pół wieku cenzury. Praktycznie jej nie pamiętam, więc serial trzyma mnie w napięciu. I do tego ma jedną z najlepszych czołówek jakie zdarzyło mi się oglądać.

wtorek, 28 lutego 2017

Chemiczna rewolucja

Reklamowano tę książkę jako chempunk, co zdawało mi się chwytliwym hasłem, mieszczącym się w dziwacznie skonstruowanej strategii marketingowej, w myśl której autor przyjął pseudonim Aleksanda Głowackiego, czyli Bolesława Prusa, czyniąc bohaterem swej powieści Wokulskiego, wprost z kart „Lalki”. Ta strategia w mym wypadku okazała się nieprzemyślana, bowiem lekturę sobie zwyczajnie darowałem, uznając iż „Alkaloid” mieści się w popularnym gatunku kolaży popkulturowych, umieszczających bohaterów beletrystyki w sytuacjach historycznych. I choć uwielbiam „Ligę Ekstraordynaryjnych Dżentelmenów” Alana Moore’a, pomysł ten był już w Polsce trawestowany w komiksie o „Pierwszej Brygadzie”, w którym zdaje się także występował Wokulski. Steampunk stanowi wdzięczną dekorację do takich zabaw. Stąd też niesłusznie zaszufladkowałem „Alkaloid” i za jego lekturę wziąłem się dopiero kilka lat po jego wydaniu. I wówczas okazało się, że to nie tylko historia alternatywna, lecz również świetna powieść fantastyczna, opowiadająca o losach jakże odmiennego świata, znacznie lepsza niż opisywana niedawno na tych łamach „Czterdzieści i Cztery”.
Tamta działa się na początku XIX wieku, ta zaczyna się z jego końcem. Romantyczny duch rewolucji został zastąpiony przez wiszącą w powietrzu rewolucję robotniczą i przemysłową, która jednak w „Alkaloidzie” nie nadchodzi. Zastępuje ją rewolucja chemiczna, za sprawą bulwy, rośliny której cudowne właściwości Wokulski odkrywa w Afryce. Opowiada nam o tym zakończenie powieści, lecz to tylko klamra spinająca ją z początkiem, bowiem o wszystkim tym z kontekstu dowiadujemy się już na początku. Wokulski dzięki bulwie zmienił mapę Europy i świata, daje ona bowiem cudowną moc. Wywar z bulwy napędza przemienionych wojowników, umożliwia ujrzenie przyszłości, zmienia umysł pozwalając ujrzeć nowe idee. Zulusi dzięki alce pokonują Brytyjczyków, Polska staje się interzoną, w której kwitnie wolny handel. Wszystko ma jednak swoją cenę. Bo to, co najbardziej się Głowackiemu udało, to opis przekształcania swiata. Pierwsze partie tekstu są powieścią przygodową, mocarstwa usiłują odebrać Wokulskiemu tajemnicę syntezy alki, polityka znana z początku XX wieku niewiele się zmienia, tu zamiast kolonializmu istotne zdaje się odkrycie sekretu bulwy. Im jednak dalej tym więcej różnic, gdy w Rosji wybuchnie rewolucja będzie ona metafizyczno-religijna, nie proletariacka. Powieść zatraci swój przygodowy charakter, choć wędrówka Witkacego przez Rosję jeszcze będzie się w ten sposób jawić, wkrótce okaże się, że alka zniewoliła ludzkość, zaś akcja przeniesie się w daleką przyszłość, gdy Ziemia znajdzie się w oparach chemicznego totalitaryzmu. Zaś chemia wymiesza się z fizyką kwantową.
Autor niewiele czerpie z „Lalki”, postacie Wokulskiego i Rzeckiego wydają się być wtrącone nieco na siłę. Jednak określenie chempunk jest całkowicie na miejscu, opisując świat, w którym przełomu dokonała nie technologia, lecz chemia.To, co początkowo okazuje się być wybawieniem, z czasem okazuje się piekłem, w jakie ludzkość zostaje wtrącona. Alka zmienia całkowicie śwat i sposób jego postrzegania, narodowości przestają się z czasem mieć znaczenie. Bulwa okazuje się jednak z czasem pułapką, zastępującą rozwój technologiczny. Monopol Wokulskiego zniknie, a on sam nie będzie w stanie się uwolnić od swego alkaloidu, zaś wybór jakiego dokona, próbując odmienić los, okaże się najgorszym z możliwych.
„Alkaloidowi” blisko do książek Dukaja, choć nie traci swego przygodowego charakteru, nawet gdy popada w naukowość, opisując kwantową konstrukcję wszechświata. Przypomina też nieco „Pokój światów” Majki, autor udanie konstruuje odmienny świat, który z upływem lat coraz mniej jest podobny do tego, który znamy. Jedna z lepszych lektur jakie dane mi było czytać i niezwykle udany chempunk, mający jednak niewiele wspólnego z „Lalką” i sprawą polską.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Drugi sezon "Ekspansji"

Za nami już prawie połowa drugiego sezonu „Ekspansji”. Po jego obejrzeniu mogę podtrzymać słowa napisane ponad rok temu z okazji premiery serialu. Nadal jest to najlepszy obecnie z obecnie produkowanych seriali SF, który stał się z kolejnym sezonem jeszcze lepszy. Tylko niestety zdaje się w Polsce mało kto o nim słyszał, choć pozornie nie jest tak niszowy jak Netflixowe seriale komiksowe z MCU, lecz jakoś nie widzę by towarzyszył mu podobny zachwyt i szeptana reklama fandomu. Podobnie jak pierwowzór książkowy wydaje się niezauważany, Fabryka Słów zdaje się odpuściła sobie na dobre, po publikacji pierwszego tomu w roku 2013. A szkoda, bo drugi sezon adaptuje drugą połowę „Przebudzenia Lewiatana”, w Polsce podzieloną zresztą na dwie części.
Serial zgodnie z zapowiedziami stał się produkcją przywracającą blask SyFy jeśli chodzi o ambitne serie SF i godnym następcą „Battlestar Galactica”, choć to zupełnie inna liga. Ale w ostatnich odcinkach osiągnął podobny poziom niefajności, który stanowił o zaletach BSG. Jeśli ktoś pamięta jeden z pierwszych odcinków BSG, gdzie bohaterowie woleli zestrzelić pasażerski liniowiec z obawy o bezpieczeństwo floty, choć nie mieli żadnego potwierdzenia czy został on faktycznie przejęty przez wroga, zamiast tego decydując się na ryzyko zabicia niewinnych pasażerów, poczuje się jak w domu. Rozbudowane zostają sytuacje jakie w książce się nie pojawiały, rakiety odpalane są w cywilne cele, przypadkowe osoby giną wskutek militarnych kalkulacji. Ziemia i Mars zaczęły skakać sobie do gardeł, podczas gdy w kosmosie lata martwa asteroida, z tysiącami zabitych, przekształcanych przez protomolekułę, którą wszyscy chcą wykorzystać jako broń. Wiedza, co wydarzyło się w kolejnych tomach pozwala poszerzyć wątki i wprowadzić postacie, które pierwsze skrzypce grać zaczęły dopiero w dalszej części cyklu, co udanie rozbudowuje świat. Kultura pasiarzy zostaje ukazana w całej swej okazałości i inności, wraz z unikalnym językiem i zwyczajami. Twórcy serialu zadbali nawet o oddanie specyficznego języka jakim się posługują. Scenografowie także stanęli na wysokości zadania, a projektanci dekoracji sprawili, że świat jest spójny. Kuleje jedynie nieco aktorstwo, serial zdaje się obecnie ciążyć na barkach Thomasa Jane oraz Shohreh Aghdashloo, co nie rokuje najlepiej, jako że odtwórca głównej roli kapitana Holdena wydaje się nijaki, a ci którzy wiedzą co wydarzyło się książce, zdają sobie sprawę, jaki los czeka byłego detektywa Millera.
W serialu jesteśmy właśnie u świtu wydarzeń, które zmienią całkowicie historię ludzkości i rozpoczną tytułową ekspansję, poza Drogę Mleczną, która wciąż jeszcze pozostaje barierą nie do pokonania. Konwencjonalne silniki uniemożliwiają loty poza skolonizowany Układ, w którym wpływy dzielą między siebie Mars i Ziemia. Po latach zimnej wojny nadchodzi pora otwartego konfliktu, padają pierwsze strzały, mało kto jednak orientuje się, że ktoś manipuluje wydarzeniami, aby ukryć to, co stało się na Erosie, o czym traktował pierwszy sezon. Eksperyment z tajemniczą protomolekułą, która miliony lat temu przybyła z odległego kosmosu doprowadził do śmierci całej populacji asteroidy. Wiadomo już, że opanowanie jej tajemnicy pozwoli na kontrolowanie ludzkiego genomu, a co za tym idzie przekształcenie jej tak, by mogła sięgnąć gwiazd. Niektórzy chcą wykorzystać ją jako broń, odpowiedzialny za eksperyment chce jednak go ukryć i czerpać z niego zyski. Wyraźnie jednak mało kto zdaje sobie sprawę z czym ludzkość ma do czynienia, traktując obcą protomolekułę jako coś zrozumiałego, wydarzenia nabierają tempa pokazując powoli, iż zagrożeniem dla Układu Słonecznego jest wcale nie to, że powoli pogrąża się w wojnie. Bohaterowie powoli składają ze strzępków informacje w całość, podczas gdy posłana przez Andersona załoga „Rocinante” usiłuje pozbyć się zainfekowanej asteroidy i posłać ją w stronę słońca, na Ziemi Avasarala próbuje odkryć kto stoi za spiskiem, mając przeciw sobie aparat Zjednoczonych Narodów, a także nie dopuścić do rozlewu krwi, w której nieuchronnie pogrążają się Ziemia i Mars. Wątki powoli zaczynają zbiegać się w całość, podczas gdy budzi się tytułowy Lewiatan.
Serial wciąga, szczególnie osoby nie znające oryginału. Choć świat jest tu nieco bardziej kolorowy niż w BSG, gdzie wszystko było brudne, rdzewiało i rozpadało się, Galactica pozostaje nadal niedoścignionym wzorem jeśli chodzi o aktorstwo. Poziom Jamesa Edwarda Olmosa jako Adamy jest po prostu nie do przebicia, zwłaszcza że to postać z charyzmą. Holden taki nie jest, jest bowiem ludzki, pełen wątpliwości.
Tymczasem pod koniec minionego roku ukazał się szósty już tom „Ekspansji”, bowiem początkowo planowany na trzy tomy cykl rozrósł się już do dziewięciu. „Babylon’s Ashes” przynosi jednak nieco zawodu, bowiem po świetnym tomie piątym akcja wyraźnie spowalnia. Nad wszystkim unosi się widmo rozpadu, bowiem struktury społeczne i systemu polityczne pękają. Dawne potęgi upadły, terraformowanie Marsa nie ma już sensu, skoro łatwiej znaleźć planetę zdatną do zamieszkania. Po tym co stało się z Ziemią rozpoczęła się jej ewakuacja, choć nie do wszystkich dotarło jeszcze, że kolebka ludzkości nie podniesie się już z kolan. Nowa frakcja usiłuje chwycić ludzkość za gardło, tymczasem to, co zapoczątkowała protomolekuła, czyha stanowiąc zapowiedź zagrożenia jakiego ludzkość nie jest w stanie pojąć, które czeka pośród gwiazd, po które sięgają właśnie ludzie. Jak zawsze istotą cyklu są konflikty międzyludzkie, gdzieś na marginesie pozostaje tajemnica, z którą mierzymy się od pierwszej książki, którą większość traktuje marginalnie, lub chce wykorzystać jako broń. Coraz bardziej jasne staje się, że zaczyna ona grać pierwsze skrzypce. Szósty to ledwie przygrywka do nadciągających wydarzeń, choć wyjaśniona zostaje zagadka znikających statków w bezmiarze kosmosu, tak naprawdę nie przynosi ona żadnego rozwiązania. Miłym akcentem w książce jest powiązanie jej z „Marsjaninem”, zapewne za zgodą autora. Bowiem jak się okazuje Mark Whatley był jednym z pionierów tego świata, zatem akcja Ekspansji rozgrywa się w tym samym świecie co książka Andy’ego Weira, tylko wiele lat później.
Cykl książkowy uważam za bardzo dobry, choć ma on swoje wady. Jednak jego podstawową zaletą jest skupienie się na ludzkich konfliktach i konstrukcja świata. Nie na darmo autorzy terminowali u autora „Gry o Tron”. Ekspansja jest czymś podobnym, choć na nieco mniejszą skalę. Drugi sezon serialu to udowadnia, pozostaje więc mieć nadzieję na trzeci.

środa, 25 stycznia 2017

Ballady i Romanse

Przyznam, że nie znałem wcześniej twórczości Krzysztofa Piskorskiego, mimo iż za „Cienioryt” otrzymał nagrodę Zajdla. Fantasy nie ma dla mnie jednak takiej mocy przyciągającej jak SF, zwłaszcza w swych najbardziej naukowych i nerdowskich odmianach. Po lekturze powieści „Czterdzieści i Cztery” można stwierdzić, iż autor postawił sobie poprzeczkę wysoko, widoczny jest jego trud włożony w gromadzenie materiałów na potrzeby książki, świetnie opanował warsztat literacki, coś jednak nie do końca wyszło. Ale po kolei, bowiem pomysłowość i praca badawcza włożona w kreację świata jest aż nadto widoczna.
 Miłośnicy steampunku poczują się jak w domu, tym bardziej znający realia XIX wieku, okresu gdy Romantyzm zderzał się z Pozytywizmem, a duch rewolucji krążył po Europie, zaś w połowie stulecia wybuchła Wiosna Ludów. Rzecz w eterze, który odwrócił dla Napoleona Bonaparte kartę historii, umożliwiając mu wygranie w roku 1813 bitwy narodów pod Lipskiem. Piskorski kontynuuje opowieść o świecie, którego dzieje przedstawił w „Zadrze”, tym razem przenosząc akcję o ćwierć wieku w przód. Eter zgodnie z XIX wieczną koncepcją fizyki miał być ośrodkiem wypełniającym przestrzeń, tajemniczą substancją i siłą tłumaczącą wiele zjawisk. Trudno dziś dociec kto pierwszy wprowadził go do genre steampunku, można być jednak pewnym, że się tam pojawia w większości przypadków. Wspomnieć tu można „Mechaniki Eteryczne”, choć chyba nikt nie opowiedział o steampunkowym świecie eteru lepiej niż Hal Duncan. Piskorski wypełnia lukę w tych historiach, które zazwyczaj rozgrywają się w wiktoriańskiej rzeczywistości, przybliżając nam losy Polski i Polaków. Co wychodzi mu niezwykle udanie.
Świat w pierwszej połowie XIX wieku pozostaje polem rozgrywki mocarstw, które wprowadzają do użycia coraz bardziej skomplikowane maszynerie napędzane dzięki mocy eteru. Pole walki przeniosło się jednak częściowo z naszego świata, bowiem dzięki bramom eterowym można dotrzeć do rzeczywistości alternatywnych, w których zakładane są kolonie zmieniające się w miasta, dzięki którym trwa rabunkowa grabież innych wymiarów. Nie wszystkie są puste, większość z nich zamieszkują stwory i istoty nieznane nauce. Chodź z wyższości swej XIX-wiecznej nauki ludzkość tego nie dostrzega, wszechświat wskutek jej działań powoli się rozpada, ponadto poprzez z każdym otwarciem bramy przybywa wróg, stanowiący zagrożenie dla wszystkich homo sapiens. Lecz powyższe stanowi jedynie tło, bowiem siła książki leży w tle, które autor nakreślił. A jest nim właśnie Romantyzm, tytułowe „Czterdzieści i cztery” każdy odszyfruje z łatwością. Mamy tu pojedynek między dwiema wizjami Polski po nieudanym Powstaniu Listopadowym (choć okrojona Polska jako Księstwo Warszawskie nadal istnieje), to spór między Mickiewiczem a Słowackim, czy bić się czy budować, w którym pobrzmiewają echa jakże po dziś dzień doskonale znanego sporu na temat tego co należało czynić po ostatniej wojnie. Bohaterka wysłana zostaje by zabić polskiego przemysłowca, który miast pomóc Powstańcom zaczął budować swą karierę na przemyśle eterycznym. Stanowi on zapowiedź nowej epoki, jest Wokulskim przeniesionym wstecz w czasie kilka dekad wcześniej, tworzącym nowe wynalazki i zabójcze maszyny. Wkrótce niebo zaroi się od latających pojazdów, gdy w Europie wybuchnie wojna, toczona za pomocą eterycznej broni, machin oraz karabinów. A jednocześnie ulicami kroczyć zaczną duchy i trupy, podczas nowej rewolucji we Francji, czy też właściwie Rewolucji Lipcowej pomieszanej z Komuną Paryską, wybuchłą w roku 1844. Są animowane przez pradawną magię…
I to właśnie problem z tą książką. W jej przypadku jest jak z pracą magisterską, w której autor ma ochotę pochwalić się wszystkimi zebranymi materiałami, mimo iż nie mają one znaczenia dla dyskursu i prowadzonego dowodu. Jednakże po ich usunięciu praca na tym zyskuje, nabierając klarowności i jasności. Tu najwyraźniej tego zabrakło, zarówno na etapie koncepcyjnym, a potem redakcyjnym, wszystkie pomysły autora znalazły swoje ujście, co rozmywa powieść sprawiając, iż zapominamy o głównym wątku, a gdy zostajemy nakierowani na nowe tropy, które po jakimś czasie okazują się być w zasadzie bez znaczenia, gdy są rozwiązywane gdzieś poza kadrem, czujemy znużenie. Jak w przypadku stopniowego ujawniania tajemniczej siły, drapieżników żerujących na ludzkości, zdolnych ją pokonać… który to wątek autor urywa jednym zdaniem w finale, sprawiając iż czytelnik czuje zawód. Kwiatków takich jest więcej, z jednej strony stanowi to o sile książki, bowiem ciągle zaskakuje, z drugiej mnogość i ilość rozmaitych wątków pobocznych starczyłaby na kilka innych powieści, a okrojenie z nich „Czterdziestu i czterech” przyniosłoby jej korzyść, poprzez jedynie ich zarysowanie. Ponieważ tak się nie stało, toniemy w mnogości szczegółów, poznajemy postacie wprowadzane po to by autor mógł się pochwalić swą erudycją, które spokojnie mogłyby zostać z książki usunięte. Ich obecność nie buduje klimatu i świata, rozmywa główny wątek, a gdy znikają z kart powieści bez śladu, nie pojawią się już ponownie. Nie znaczy to, że „Czterdzieści i cztery” jest dziełem nieudanym, wciąż pozostaje książką bardzo dobrą, Piskorski z rozmachem wykreował alternatywną rzeczywistość głęboko osadzoną w epoce. I żałować można, że nie rozbił swych pomysłów na kilka książek, bądź nie zasugerował tego redaktor. Choć gołym okiem w przypadku wielu z nich widać zapożyczenia z innych powieści, których zresztą autor nie ukrywa. Mamy tu odniesienia do Petera Wattsa i wielu innych pisarzy SF, stąd natłok wątków i rozwiązań, które wszystkie już gdzieś widzieliśmy. Inne rzeczywistości nie są puste, wszystko to już widzieliśmy w multiwersum, włącznie z Dickowskim rozwiązaniem, iż bohaterowie odkrywają, iż o ich losach opowiada książka na kiepskim papierze, wydana w innej rzeczywistości przez Wydawnictwo Literackie.
Za stworzenie i opisanie steampunkowej rzeczywistości autorowi należą się brawa. Reszta niech pozostanie milczeniem.

wtorek, 3 stycznia 2017

Anihilacja

Skończyłem się właśnie wyżywać twórczo, przez ostatnie dwie godziny walcząc pisemnie z ubezpieczycielem, który nie chce zapłacić pogrzeb mojego samochodu, który w sierpniu udał się do krainy wiecznych autostrad. Mogę więc pisać pozbywszy się emocji, bowiem z opóźnieniem dowiedziałem się o powstającym filmie, który może być czarnym koniem kina SF w roku 2017. Mowa o „Anihilation”, Alexa Garlanda, który zadebiutował jako reżyser w roku 2015 „Ex Machiną”, niepokojącym filmem o sztucznej inteligencji. „Anihilation” to ekranizacja pierwszego tomu trylogii Southern Reach Jeffa VanderMeera.
Obie rzeczy opisywałem, zarówno Ex Machinę jak i Strefę X, od której uzależniłem się i przeczytałem jej wszystkie trzy tomy. Wpis na jej temat popełniałem zresztą dwa lata temu po lekturze „Unicestwienia”, teraz jestem mądrzejszy o całość trylogii i mam o niej jeszcze lepsze zdanie. Widzę, że przywołałem w nim „Piknik na skraju drogi”, okazało się było to dobre porównanie. VanderMeer w jednym z późniejszych wywiadów przyznał, że tworząc Strefę inspirował się właśnie „Piknikiem” oraz „Solaris” Lema. I przebija to z każdego akapitu trzech powieści sprawiając, iż Southern Reach jest niefilmowalne. Tak samo zresztą jak wydaje mi się, że niefilmowalny był „Solaris” i za każdym razem kiedy oglądam Tarkowskiego uświadamiam sobie jak się mylę. Nie Sonderbergha, bo tyłek George’a Clooneya ma się tak do planety-oceanu jak powieści dziejące się w uniwersum Stalkera do powieści Strugackich. Co nie znaczy, że są złe, po prostu inne. Pełne akcji płynącej wprost z gry komputerowej, tymczasem zona Strugackich i planeta Lema są doświadczeniem osobistym. Kameralnym, więc trzeba było Tarkowskiego aby to pokazać. I właśnie kameralny był film "Ex Machina" Garlanda, więc może jakoś sobie poradzi, choć zdjęcie lasu zupełnie mnie nie przekonuje, bo Strefę wyobrażałem sobie inaczej.
Strefa X to doświadczenie równie osobiste. Nie wiemy czym jest, jawi się jako teren otoczony przez wojsko. Być może była nieudanym eksperymentem lub miejscem katastrofy ekologicznej. Nie jest to jednak ważne, tak jak jej tajemnica. VanderMeer od pierwszych stron buduje niesamowity klimat, cel wyprawy mający zgłębić tajemnicę zony rozmywa się równie szybko jak Złota Komnata stalkera, ważniejsze staje się to, co przeżywają jej uczestniczki. Stają się częścią czegoś nieoznaczonego, niezrozumiałego, czego nie są w stanie pojąć i zrozumieć. Strefa jest doświadczeniem i stanem umysłu, całkowicie obcym i niepojętym. Czas zdaje się biec tu inaczej, punkt centralny zdaje się stanowić tu latarnia morska, wokół niej przyroda żyje swoim rytmem, gdzieś pośród trzcin zdają się kryć niepojęte stwory. Panuje niepokój, lecz nie strach. Otoczona płotem ochronnym staje się krainą niesamowitości. Z drugiego tomu dowiadujemy się, że strażnicy Strefy nie wiedzą więcej, do tego zdaje się ona wpływać na nich, gdy pilnują jej usiłując zgłębić tajemnicę. Uwikłani w biurokratyczne gierki nie zauważają, iż stali się jej niewolnikami. Czy też raczej umysły poddały się oddziaływaniu miejsca, którego mieli pilnować. I choć trzeci tom przynosi pozorne rozwiązanie zagadki strefy łącząc ze sobą wątki obydwu tych książek, nie jest ono ważne. Cofamy się w przeszłość i poznajemy latarnika wraz z historią tego co się stało, zmieniając kawałek wybrzeża w zonę. Nie ma tu stalkerów, nie ma tu patroli wojskowych, dziwnych istot i zjawisk fizycznych. U VanderMeera zona trwa niczym rak wyrosły na zdrowej tkance, którego nikt nie jest w stanie wyleczyć. Pobliskie miasteczko stara się go ignorować, podobnie rząd nie mogąc odnieść korzyści ani zrozumieć nieznanego, pozwala by topiła się w biurokratycznym zapomnieniu. Tymczasem wpływa ona na senny ośrodek, w swym wnętrzu zdając się nie być tego świadoma.
W Polsce trylogia przeszła zdaje się niezauważona, nie trafiając do głównego nurtu. Nie miała chwytliwej okładki, lecz ozdabiały ją świetne rysunki Patryka Mogilnickiego, dodające całości uczucia niepokoju. To jedna z tych książek, do których będę wracał, choć nie wiem dlaczego. Być może dzięki jej hipnotycznemu przyciąganiu, a może stałem się jej niewolnikiem. No i teraz pytanie co zrobi z tym Garland. I Natalie Portland w opowieści o czterech kobietach w obliczu nieznanego.