czwartek, 4 października 2018

Sztuka opowieści

Pojechałem na Suwalszczyznę na kilkanaście godzin i wypiłem pięć piw. Lecz nie jest to opowieść o tym, nawet jeśli to krótkie zdanie niesie w sobie jakąś historię, to opowieść o opowieściach. Jadąc przed siebie miałem w głowie słowa wilka – „Ten kraj wyrósł na opowieściach”.
Zawsze za Łomżą zaczyna gdzieś powoli ginąć nowoczesność, wraz z nią przepada zgiełk i pośpiech codziennego świata. Im dalej wjeżdżam w krainę łąk i lasów, technologia i social media przestają mieć znaczenie. Wreszcie docieram do miejsc, gdzie jeszcze kilka lat temu żeby złapać zasięg trzeba było wejść na pobliską górkę i wybrać litewską sieć, a do najbliższych miejscowości jeździło się z miejscowymi, którzy przez kilka dni krążyli po okolicy usiłując sprzedać jagody uzbierane w lesie, a pięć złotych było dla nich kwotą na tyle atrakcyjną, że nadkładali drogi by powieźć człowieka kilka kilometrów. Te czasy powoli odchodzą, lecz wciąż można tu w środku jaćwieskiej puszczy spotkać wiekowego mężczyznę na rowerze, który opowie jak grał w karty z diabłem na cmentarzu o swoją duszę. „Łauma” oddaje idealnie klimat tego miejsca, w które powracam rokrocznie przez ostatnie ćwierć wieku. Na polach wciąż można spotkać jaćwieskie kopce i odczuć, iż staje się u progu tajemnicy, bowiem nigdy nie zrozumie się dokąd prowadzą i co oznaczają. Zapomniane kapliczki na rozstajach dróg są opowieściami same w sobie, częścią historii, których nigdy nie poznamy.
 Lecz wróćmy do wilka, od którego się zaczęło, którego słowa towarzyszyły mej podróży. Hobo wędrujący po Ameryce doby kryzysu lat trzydziestych przegrywa z nim karty, wskutek czego musi w trakcie swej niekończącej się podróży zbierać historie, opowiadać je napotkanym osobom, nadawać im znaczenie. To treść gry „Where the Water Tastes like Wine”. „Where the Water tastes like Wine” ma piękny tytuł, a wędrówka po Ameryce lat trzydziestych, ogarniętych kryzysem, natychmiast przywodzi na myśl wspaniałe dzieła literatury, takie jak „Myszy i Ludzie” czy „Grona Gniewu”. Przenosimy się na słynną Route 66, którą podążały całe rodziny, a życie zmuszało ludzi do stawania się takimi, jakimi nigdy nie chcieli być i potrafiło łamać najtwardsze charaktery. Lecz my skupmy się na opowieściach, bo to one są tym co nadaje sens tej historii. Krążąc po kraju szukamy pracy, usiłujemy przeżyć, stajemy się świadkami dziwnych historii. Na biwakach opowiadamy zasłyszane opowieści i przeżyte wydarzenia, a one rosną i zaczynają żyć własnym życiem. Oczywiście to nadal jedynie gra komputerowa, można podejść do niej tak jak recenzentka Poligamii, która potraktowała ją obcesowo i skrytykowała bezmyślną mechanikę, mimo iż słusznie wskazała zbieżność z „Amerykańskimi Bogami” Gaimana. W końcu wilk mówiący głosem Stinga jest tym co nadaje grze niezapomniany klimat, siłą sprawczą tej dziwnej historii. Lecz zostawiając grę z boku pozostaje storytelling. Rzecz nie w tym co się opowiada ani o czym, lecz jak.
Warto wybrać się na organizowane w wielu miejscach często festiwale opowieści i opowiadania, wówczas zrozumiemy, że nawet najprostsze, najbardziej znane historie mogą stać się czymś więcej. Imprezy organizowane są jawnie i reklamowane, zazwyczaj jednak mało kto o nich wie, co nadaje im pewien status tajemniczości. Niektórzy są zupełnymi amatorami jeśli chodzi o storytelling, jednak widząc zawodowych opowiadaczy historii cofamy się do początków cywilizacji. Bo choć wynalezienie koła czy oswojenie ognia pchnęło ludzkość naprzód, pojmujemy jak ważna była rola wędrowców, noszących historie. Opowiadających je na nowo i zbierających kolejne. Bo wszystkie te opowieści przecież kiedyś się wydarzyły. Zazdrosna matka niczym zła wiedźma zamknęła swą córkę uniemożliwiając jej dostęp do młodych kochanków, po tysiącach lat dzieje Roszpunki przemieniły się w niegroźną bajkę. Czy też historia czerwonego kapturka, opisana po raz pierwszy pod koniec XVII wieku, która jednak krążyła w całej Europie od lat, a dużo wcześniej opowiadali ją sobie Indoeuropejczycy. Jej motywy znajdziemy w biblii i Chinach, kto wie kiedy powstała po raz pierwszy, zapewne kilkanaście tysięcy lat temu, w czasach nim ludzkość poszła swoimi drogami, stało się coś, co zmieniło wydarzenie w opowieść. Niczym wydarzenia z Azji Mniejszej, opowieść o oblężeniu Troi, którą znamy z zapisu opowieści Homera. A kim był Homer? Jednym z aojdów, zawodowych opowiadaczy historii. Analizują „Iliadę” i „Odyseję” w warstwie lingwistycznej dowiemy się, iż składa się ona z rytmów, słów i zdań, które łatwo komponują się w jedną całość, powtarzane wielokrotnie zmieniają w utwór. Przetrwał zapis jedynie dwóch z nich, pozostałe znamy z mitów i opowieści. Aojdowie powtarzali je składając w jedną całość; nosili opowieści po Helladzie.
„Where the Water tastes like Wine” odwołuje się więc zapewne nieświadomie do początków dziejów ludzkości, gdy opowieści tworzyły cywilizacje. Tworzą ją nadal, bo choć nazywamy się dumnie społeczeństwem informacyjnym, większość naszej aktywności to bzdurne memy, filmiki, czy portale plotkarskie. A zatem opowieści, nawet jeśli ich forma jest nieco inna. Bo siła wspomnianej gry polega właśnie na pokazaniu storytellingu i jego znaczenia. Opowieści zapisano krótkimi zdaniami, niektóre z nich to prawdziwe perełki, nie zwracam wtedy uwagę na skopaną mechanikę, chłonąc ducha tych historii. Oczywiście to nie jest gra dla każdego, ja jednak należę do osób, które w komiksach czy filmach zwracają uwagę na opowieść, na drugim miejscu stawiając rysunki czy sposób nakręcenia, choć oczywiście jest on równie istotny.
Gry są wyjątkowym medium dla opowieści, bo pozwalają one w jakimś stopniu w nich uczestniczyć. Immersji w takim stopniu nie osiągniemy w takim stopniu, w filmie czy książce. A gry o opowieściach tylko nam to uświadamiają. Ostatnio ukazuje się zresztą coraz więcej gier, które przechodzą niezauważone, a są prawdziwymi perełkami, jak „Where the Water tastes like Wine”. Jak "Her Story", opowieść składająca się z klocków, nagrań z zapomnianego przesłuchania z lat dziewięćdziesiątych. Stopniowo odtwarzamy co się wydarzyło, lecz bardziej istotne staje się jak i dlaczego. To popis jednego aktora, zresztą reprezentantki olimpijskiej UK, dawno i nieprawda temu, w zapomnianych czasach, gdy opowieści miały znaczenie.
Innym przykładem może być tu "Stories Untold", gra z pewną konwencją, o której zapewne mało kto słyszał. Jej tematem jest opowieść, trzy nowelki spięte czwartą, psującą budowany klimat racjonalnym i niepotrzebnym wytłumaczeniem. To gra komputerowa z konwencją, w epizodzie pierwszym siadamy przed ekranem komputera, na ekranie którego wyświetlona jest tekstowa paragrafowa gra. Niczym w latach osiemdziesiątych przy pomocy poleceń wchodzimy do środka, rozglądamy się, jednocześnie z głośnika słyszymy odgłosy krzątania. Wchodzimy po schodach, słyszymy kroki, tekst mówi nam o drzwiach, zza których widać światło, gdy je otwieramy za plecami słyszymy skrzypienie... oto opowieść na miarę tego co może dać nam komputer. Trzy pierwsze nowelki są właśnie esencją takich historii, budzącą niepokój i podskórny lęk.
Storytelling to coś więcej niż książkopisanie, pisanie scenariuszy do gier i filmów. To coś starszego, niepojętego, magicznego, równie dawnego jak cywilizacja.
Ian MacDonald napisał, że opowieści nie da się zabić. Opowieści nosi się w sercu.
That's right.

1 komentarz: